Wszystko zaczęło się w słoneczny sobotni poranek 1 listopada 1755 roku, a skończyło się śmiercią i zniszczeniami, które na stałe naruszyły układ sił w portugalskim systemie kolonialnym. Nie była to wojna ani rewolucja, ale szereg zwyczajnych zjawisk naturalnych - podziemnych wstrząsów i fal morskich - większych jednak niż zazwyczaj. W skali naszej planety incydent ten to zwykła czkawka. Dla człowieka stanowił on wielką klęskę żywiołową -jedną z największych, jakie kiedykolwiek dotknęły zaludnione obszary zachodniego świata.

O świcie Lizbona była domem 275 tysięcy ludzi, nie licząc marynarzy i podróżników, których zawsze można znaleźć w ruchliwym porcie. Dzień później mieszkańców miasta można było liczyć zaledwie w setkach. Duchowni udzielający ostatniej posługi umierającym, rabusie wygrzebujący wartościowe rzeczy z ruin zawalonych budynków i odważniejsi z ocalonych, którzy rozpaczliwie starali się odnaleźć ukochane osoby lub ocalić resztki majątku, zanim strawi je ogień tanie drzwi.

Setki wspaniałych murowanych budynków, wzniesionych, aby stać przez stulecia (jeśli nie przez tysiąclecia), tego strasznego poranka runęły na ziemię, miażdżąc i grzebiąc tysiące ludzi. Gdy nieliczni ocaleni uciekali w kierunku otaczających miasto wzgórz, mniej szczęśliwi z tłoczących się na nabrzeżach rzeki zostali porwani przez serię tsunami (sejsmicznych fal morskich). Później rozgorzał pożar. Gdy nadeszła zima, brak schronienia, rany i głód powiększyły liczbę ofiar. Jakie były całkowite straty w ludziach? Nikt nie wie. Szacunki wahają się między 5 a 70 tysiącami bezpośrednich ofiar katastrofy.1,2 Filozof francuski Wolter pisze o 30 tysiącach. Większość dzisiejszych źródeł podaje liczbę od 30 do 40 tysięcy ofiar śmiertelnych w pierwszych dniach listopada 1755 roku i około 20 tysięcy kolejnych zgonów w czasie następnych miesięcy.

Kontakt:

Ul. Przykładowa 12

12-345 Nowe Miasto

Tel.: +48 123 456 789

Fax: +48 123 456 788

Web: mojastrona.pl